Loading color scheme

Liturgia nie jest prywatna

FRANCISZEK KUCHARCZAK; Gość Niedzielny, numer 42/2021

Fot. Józef Wolny, GN

Trzeba przestrzegać przepisów liturgicznych, ale też uznawać to, że się zmieniają.

Była jedna z niedziel roku 304. W Abitenie w Numidii żołnierze wpadli do domu lektora Emeritusa i zastali tam grupę chrześcijan, potajemnie celebrującą Eucharystię. W myśl edyktu cesarza Dioklecjana było to przestępstwo. Wyznawcy Chrystusa zostali aresztowani i po rozprawie sądowej straceni. W aktach ich procesu zachował się niezwykły dialog między aresztowanymi a przesłuchującym ich prokonsulem. Na pytanie o przyczynę złamania cesarskiego zarządzenia prezbiter Saturnin odpowiedział: „Uczyniliśmy to, ponieważ nie można zaniedbać tego, co należy do Pana”.

Z kolei Emeritus, zapytany dlaczego nie odmówił udostępnienia swojego domu na nielegalne spotkanie, odparł: „Ponieważ my nie możemy żyć bez celebrowania misteriów Pańskich”. To zdanie przeszło do historii Kościoła, znane powszechnie w łacińskim brzmieniu: Sine dominico non possumus (dosł. bez niedzieli nie możemy).

– Dominicus ma wiele znaczeń. W historii męczenników z IV wieku wskazuje przede wszystkim na głód Eucharystii. To samo zresztą widać w kolejnych pokoleniach chrześcijan: bez Eucharystii gubimy sens życia, przestajemy być Kościołem, tracimy tożsamość – mówi o. Dominik Jurczak OP, liturgista i dogmatyk. Wskazuje, że jest to doświadczenie szczególnie żywe wśród ludzi znajdujących się w absolutnie skrajnych warunkach. Podobny głód manifestowali na przykład więźniowie obozów koncentracyjnych, którzy ryzykując życiem, uczestniczyli w Mszach sprawowanych w największej tajemnicy w barakach między pryczami. Nie było tam strojów liturgicznych, naczyń ani kaplic. Nie było nic poza tym, co konieczne, aby mogła się dokonać tajemnica Ofiary Pańskiej.

– Warto zauważyć u wszystkich tych ludzi zrozumienie sensu Eucharystii, która wpisuje się w ofiarę Chrystusa na krzyżu. To jest niezwykłe, jak oni, często ryzykując swoje życie, szukali łączności właśnie z tą jedyną Ofiarą – zwraca uwagę dominikanin. Podkreśla jednak, że nie należy z tego wysnuwać wniosku, jakoby nieważne były szaty, naczynia i w ogóle liturgia, jaką Kościół sprawuje.

Nie zawężać

„Liturgia (…) jest szczytem, do którego zmierza działalność Kościoła, i jednocześnie jest źródłem, z którego wypływa cała jego moc” – czytamy w soborowej Konstytucji o liturgii świętej „Sacrosanctum concilium”.

To modlitwa wyjątkowa. – Liturgia jest modlitwą całego Kościoła, czyli samego Chrystusa. Zdarza się, że gdy myślimy o Kościele, to w głowie mamy piękne idee, jakieś mniej lub bardziej wydolne instytucje, tymczasem Kościół to przede wszystkim mistyczne Ciało Chrystusa. Zatem nie jesteśmy zbiorem zupełnie przypadkowych ludzi, ale wspólnotą ochrzczonych, to znaczy wspólnotą całkowicie z Nim złączoną. To stawia modlitwę liturgiczną na wyjątkowym poziomie. Jako gromadzący się Kościół, mistyczne Ciało Chrystusa, czynimy eucharystię, to znaczy składamy uwielbienie Ojcu, włączamy się w dialog między Synem i Ojcem. Tym właśnie jest modlitwa liturgiczna – tłumaczy zakonnik.

Jest nam dana

Wśród katolików pojawiają się spory na temat właściwego sprawowania liturgii. Powstają napięcia między zwolennikami rygoryzmu liturgicznego a środowiskami, w których przepisy liturgiczne traktuje się „lekko”. Nie sposób zaprzeczyć, że są podstawy do zarzutów o nieuprawnione ingerowanie w przebieg liturgii.

„Kapłan jest sługą świętej liturgii i nie wolno mu na własną rękę w celebracji Mszy św. niczego dodawać, opuszczać ani zmieniać” – przypomniał niedawno przewodniczący Komisji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów KEP bp Piotr Greger. Biskup nawiązywał do spotkania Arena Młodych w Łodzi (...). 

Sprawa ta unaoczniła konieczność przestrzegania przepisów liturgicznych. Dlaczego to takie ważne? – Bo liturgia jest nam dana. Otrzymaliśmy ją od poprzednich pokoleń. Te z kolei łączą nas z tym, co się działo w czasach apostołów, łączą nas z Chrystusem. Liturgia zatem to nie jest coś, co tworzymy, co sobie dowolnie przygotowujemy według naszych potrzeb, lecz jest to skarb. Taki skarb, jaki mamy pielęgnować, by przekazać go tym, co przyjdą po nas – wyjaśnia o. Dominik Jurczak. Zaznacza, że nie można tworzyć prywatnej liturgii. Nie znaczy to jednak, że liturgia jest czymś sztywnym, co nie może podlegać zmianom.

– To, że my w liturgię wchodzimy, nie znaczy wcale, że celebrujemy dokładnie tak samo jak za czasów Chrystusa czy apostołów. Liturgia podlega zmianom, rozwija się, bo człowiek i okoliczności się zmieniają. Wystarczy pomyśleć o nas w Polsce. Jesteśmy inni niż trzydzieści, czterdzieści lat temu, mamy inne problemy i pytania. Nic zatem dziwnego, że także nasza liturgia jest inna niż w latach 80. XX w., że inaczej rozkładamy akcenty. Nie oznacza to jednak, że każdy ochrzczony może sobie przy liturgii dowolnie majstrować: dodawać, usuwać, przesuwać… Za wszystkie te kwestie odpowiedzialni są biskupi oraz watykańskie dykasterie. A zatem z jednej strony jesteśmy zakorzenieni w przeszłości, a z drugiej strony ta przeszłość nas nie blokuje, przeciwnie, pozwala patrzeć w przyszłość. Z jednej strony uczestniczymy w sztafecie pokoleń, a z drugiej już dzisiaj wyglądamy Chrystusa, który ma przyjść. To jest napięcie, które wpisane jest w naturę liturgii. I nie ma sensu go niwelować czy z góry odrzucać – stwierdza duchowny.

To nie beton

W niektórych środowiskach panuje przekonanie, że liturgia od czasu Soboru Trydenckiego nie powinna być zmieniana, ponieważ, ich zdaniem Pius V „zabetonował” liturgię, ustalając ryt zwany trydenckim.

– Mam wrażenie, że takim stwierdzeniem osoby te zabetonowały Piusa V. Tymczasem ten mój dominikański współbrat z odwagą podjął kilka ważnych decyzji. Problem w tym, że trzeba je umiejętnie odczytać, nie zapominając o kontekście epoki i Kościoła XVI wieku. W rozwoju dogmatów mówimy o stopniowym dochodzeniu do prawdy: nie wszystko w Kościele od razu było przecież znane i oczywiste. Niektóre sformułowania dzięki pracy teologów bywają doprecyzowywane, także dlatego, że okoliczności się zmieniają. Analogicznie jest z liturgią – ona się rozwija i wraz z nią także wypowiedzi papieży na jej temat – zaznacza dominikanin.

Jak zatem rozumieć sformułowanie Piusa V o „Mszy wszechczasów”? – Jak wspomniałem, potrzeba umiejętnie czytać teksty Magisterium Kościoła. W swoim dokumencie Pius V, wprowadzając zrewidowany po Soborze Trydenckim Mszał rzymski, postawił sprawę jasno, by nie było niedopowiedzeń. Dominikański papież napisał te słowa w bardzo konkretnym momencie, od którego dzieli nas ponad 450 lat. To nie było jednak ostatnie słowo Kościoła. Dzisiaj na przykład papież Franciszek jasno stwierdza, że nie ma prostego powrotu do liturgii sprzed Soboru Watykańskiego II. Dlaczego? Bo jako Kościół jesteśmy już w innym momencie. Nie można stwierdzić, że przez ostatnie ponad pół wieku nic się nie wydarzyło. W podobny sposób ani Kościół, ani liturgia nie zatrzymały się na Piusie V – podkreśla o. Dominik Jurczak. Akcentuje potrzebę mówienia o liturgii w pełnym sensie. To oznacza też, że nie możemy z dzisiejszej perspektywy oceniać sposobu, w jaki rozumieli liturgię nasi poprzednicy w wierze, na przykład ich dbałości o szczegóły ceremonii liturgicznych.

– W mentalności ludzi aż do XX wieku było jasne, że liturgia to jest coś, co otrzymujemy. A jeśli coś otrzymujemy jako największy dar, drogocenną perłę, to próbujemy być wierni w kultywowaniu tego daru. Stąd bierze się troska o każdy szczegół. My dzisiaj patrzymy na to z innej strony, wydaje nam się to przesadzone, ale nie możemy tak oceniać ludzi, którzy przez wieki w taki sposób się modlili – zastrzega kapłan. – To, że w rycie przedsoborowym zostało to doprowadzone do ekstremum i w pewnym sensie zaczęło być pancerzem, to osobna kwestia. Fakt ten ostatecznie spowodował, że w odnowionym rycie liturgia otrzymała więcej swobody. Nie jest ona jednak zaproszeniem do robienia w liturgii tego, co nam się chce, tylko do tego, żebyśmy odkrywając sens liturgii, jako Kościół zwrócili się przez Chrystusa do Ojca – mówi. Podkreśla, że ten przedsoborowy pancerz nie jest więc do wyrzucenia dlatego, że się zestarzał i nie będzie nam już potrzebny. I zaznacza: – Zdjęcie pancerza ma posłużyć temu, żebyśmy w łatwiejszy sposób mogli zatrzymać się nad tym, czym liturgia w ogóle jest. Nie na sobie, lecz na istocie: na modlitwie, która przez Chrystusa prowadzi nas do Ojca.

Dzieci i Młodzież / praca w parafii

duchowe zagrożenia - fideizm

Kazanie o tym, co wciąż ma znaczenie

Roman Bielecki OP / „W drodze” 7/2021, redaktor naczelny

Dobra Nowina

Ewangelia to dobra nowina – nie schemat nakazów czy zakazów. Na czym polega to dobro? Chrześcijaństwo ma pozytywny przekaz – radość paschalną i świętowanie obecności zwycięskiego Pana, który okazuje swą bliskość i czułość w liturgicznym słowie i sakramentalnych znakach.

Gilbert K. Chesterton mówił, że „katolicyzm to stek, cygaro i szklaneczka porto”, czym szalenie drażnił angielskich purytanów. Chciał przez to powiedzieć, że katolicyzm powinien świętować, używać radości i być wdzięczny za zwyczajne dary życia. To są elementy naszej duchowości świadczące o tajemnicy stworzenia i wcielenia, których nie powinniśmy traktować jako drugorzędnych.

Jednocześnie nie jestem naiwny. Gdyby się zatrzymać wyłącznie na Chestertonowskim streszczeniu przesłania chrześcijańskiego, to z powodzeniem moglibyśmy tym mianem określić wszystko – od chińskich praktyk feng shui, na skandynawskim hygge kończąc. Bo przecież ludzie chcą żyć wygodnie i bezstresowo, bez żadnych nakazów i ograniczeń. A to znaczy, że Kościół jest im potrzebny do usprawiedliwiania, a nie do stawiania wymagań. Jest to podstawowy problem dzisiejszego myślenia o jakiejkolwiek duchowości, która o tyle jest akceptowalna, o ile jest nieszkodliwym dodatkiem do życia. I można się nią zainteresować pod warunkiem, że nie domaga się żadnych zmian, utwierdzając nas w przekonaniu, że tak jak jest, jest dobrze, bo nikogo nie zabijamy, nie kradniemy, więc czego chcieć więcej.

Takie myślenie to efekt czasów, w jakich żyjemy, które sprowadzają wszystko do wymiaru tu i teraz. Konsekwencją tego jest wygumkowanie prawdy o grzechu, a ponoszenie odpowiedzialności za popełnione zło jest traktowane jako dyskomfort, który szybko należy usunąć. I tu pojawia się problem. Bo z chrześcijańskiego punktu widzenia jest to fałszywy mechanizm, zaciemniający prawdę o człowieku. Mówienie o wierze to bowiem świadome podkreślanie konsekwencji własnych zachowań przy jednoczesnym otwarciu się na perspektywę miłości miłosiernej, która radzi sobie z grzechem, a nam daje nadzieję innego życia. I to wcale nie musi stać w sprzeczności z doświadczeniami wiedzy psychologicznej. Terapia, która jest z pewnością ogromnym dobrem współczesności, nie znosi grzeszności, tylko uczy, jak sobie radzić z własnymi zranieniami i problemami. A grzech wciąż pozostanie kwestią woli i w związku z tym przesłanie o zbawieniu nie traci swej aktualności.

Ja czuję, ty czujesz

Kolejna rzecz, o której trzeba pamiętać, to zmiana paradygmatu współczesnej dyskusji. Operujemy przede wszystkim emocjami i wrażeniami. „Ja tak czuję”, „Ja tak przeżywam” – to typowe sformułowania współczesnego komunikowania się, a argumentacja z poziomu autorytetu moralnego najczęściej uniemożliwia jakąkolwiek dalszą rozmowę. Nie pomaga w tym klimat wokół religijności traktowanej podejrzliwie jako fanatyzm, a duchowni wrzuceni do jednego worka wspólnych skojarzeń to hipokryci, którzy co innego mówią, a co innego robią. Co więcej, próba odwołania się do wartości uniwersalnych jest kwitowana zarzutami o chęć dominacji, ograniczanie wolności i zawoalowany totalitaryzm.

Nie odnosząc się do sensowności tego typu zarzutów, zwróćmy uwagę na coś, co podkreśla w swoich wypowiedziach papież Franciszek. Kiedy prześledzi się jego wpisy na Twitterze, łatwo dostrzec, że często wychodzi od doświadczenia osobistego, które można nazwać empatią, zrozumieniem czy współczuciem, a dopiero potem kieruje się w stronę doktryny. Najpierw zwraca uwagę na to, że w każdym człowieku jest jakiś głód wyrażający się w braku relacji, rodzaj samotności i odrzucenia. A dopiero potem te doświadczenia stają się podstawą do mówienia o Bogu i wierze. To niejedyna intuicja papieża, z której warto korzystać. Niestety, w ferworze ideologicznej wymiany ciosów wiele jego diagnoz przechodzi bez echa. Przypomnijmy adhortację Evangelii gaudium z 2013 roku, w której pisał, że czas jest ważniejszy niż przestrzeń. Ta myśl nic nie straciła na aktualności. Ba, mam wrażenie, że ma charakter prorocki, pokazując przekaz wiary w perspektywie dojrzewania i procesu, a nie realizacji zadania. Takie podejście to z pewnością przestawienie naszej mentalnej zwrotnicy. Nie tego uczono przez lata w seminariach, nie o tym mówiono na rekolekcjach i misjach parafialnych. Nie tak były wychowywane dzisiejsze pokolenia 40 plus, którym prawdy wiary przekazywano w kluczu – tak mówi katechizm, nie ma się nad czym zastanawiać. Niestety, tą drogą dziś nie da się już iść.

Fideizm

W końcu nie możemy zapomnieć, że trwająca epidemia ujawniła problemy, które dotychczas przez wielu wierzących były niezauważane. Ktokolwiek próbował w tym czasie nadawać sens przekazowi religijnemu, czy to we własnym domu, czy na kościelnej ambonie, musiał się zmierzyć z pseudoteologicznymi bzdurami, które co jakiś czas do nas docierały. Możemy kiwać z politowaniem głową, słysząc o tym, że ręce księdza nie przenoszą zarazków i że gdzieś w Polsce odprawiana jest msza święta w intencji unicestwienia urządzeń i wież technologii 5G, by wymienić te, z których śmiało się pół Polski. W obliczu takich rewelacji nawet najlepszy kaznodzieja ma spory problem, by zachęcić kogokolwiek do bycia chrześcijaninem. Najpierw musi się tłumaczyć z fideizmu, czyli postawy, w myśl której wiara skazuje człowieka na zawieszenie używania rozumu. I choć możemy się pocieszać, że to kościelne wyjątki, to jednak takie tendencje ujawniły się w ostatnich miesiącach z ogromną siłą.

Ci, którzy tak myślą, nie są skłonni do dyskusji, do posługiwania się wynikami badań naukowych, postrzegając je jako zagrożenie dla wiary. Niestety, prowadzi to do szerzenia się magii i zabobonu, bo skoro rozum śpi, budzą się demony. Przypomnijmy sobie, jak na początku epidemii krążył po internecie pomysł, by skrapiać drzwi domów wodą święconą, która miała ochronić mieszkańców przed koronawirusem. Śmieszne? Wcale nie. Podane w duchowej otoczce i z nabożną czcią stwarza wrażenie czegoś świętego i mądrego. W konsekwencji powoduje, że wiara zaczyna być irracjonalna, by użyć frazy arcybiskupa Roberta Barrona z jego niedawno wydanej książki „Jak rozmawiać o wierze” (W drodze 2021). To, co irracjonalne, staje się przedmiotem łatwowierności, przesądu, naiwności i zwykłej głupoty. Żaden szanujący się dorosły człowiek nie powinien wspierać i przyjmować takich zachowań.

Wiara i rozum nie stoją ze sobą w opozycji. Niestety, są parafie, wspólnoty i duszpasterze, którzy utwierdzają wiernych w tego typu niedojrzałości religijnej. Zawracał na to uwagę zmarły kilka lat temu ks. Krzysztof Grzywocz w swojej przenikliwej diagnozie „Patologia duchowości”, podkreślając, że istotnym elementem uczenia wiary ma być kształtowanie ludzi o dojrzałej osobowości, gotowych samodzielnie podejmować decyzje, w szczególności w wymiarze moralnym, oparte na zasadach i normach, przy świadomości możliwego konfliktu wartości, jaki może temu towarzyszyć. Umiejących ocenić za pomocą własnego rozumu i wiedzy okoliczności i intencje. Do tego właśnie powinniśmy dążyć, a nie do utrzymywania stałej zależności od duszpasterza, spowiednika, katechety czy rodzica. W przeciwnym wypadku wiara będzie rozumiana jako łatwowierność, naiwność i nonsens.

Dalsza lektura: 

Między tradycjonalistą a terrorystą (gosc.pl)

Jaki jest duchowy sens pandemii?

Jaki jest duchowy sens pandemii? Jak czytać duchowo ten znak czasu?

Ks. prof. Jerzy Szymik, Uniwersytet - Katowice / Gość Niedzielny 16/2021

Do zrozumienia prawdy o życiu potrzeba zarówno wiedzy, rozumu, jak i wiary (fides et ratio). I dlatego ludzie wciąż pytają, czy pandemia to współczesna plaga egipska. Czy to może kara za grzechy? Czy Bóg nie jest wszechmogący, skoro ją dopuścił? Czy nie jest miłosierny? Co chce nam przekazać? A może nas opuścił? Czy On w ogóle istnieje? Itp., itd. To są pytania, które nurtują, a zła odpowiedź – z powodu braku narzędzi wymienionych wyżej – może prowadzić do skutków katastrofalnych w indywidualnym wymiarze duchowym. I dlatego dziwi mnie to dość powszechne wycofanie się Kościoła z prób wyjaśniania duchowego sensu tego, czego dziś doświadczamy. Tym bardziej że historia świata i duchowości pokazuje, iż w czasach kryzysów ludzie są bardziej otwarci na poszukiwanie Boga”.

Wracam do fragmentu mojego tekstu sprzed roku (KAI, 23.03.2020). Odwagi do tego powrotu dodaje mi fakt, że zdania, które zacytuję, nie są moje, ale autorstwa najwybitniejszego teologa przełomu XX i XXI wieku: J. Ratzingera/Benedykta XVI, zaprawionego jak mało kto w diagnozowaniu współczesności i interpretowaniu znaków czasu. Cytat pochodzi z rekolekcji, które – kardynał jeszcze wtedy – wygłosił księżom ruchu Comunione e Liberazione w 1986 roku w Collevalenza, we Włoszech. Ratzinger mówi/pisze tu prawie dokładnie na interesujący nas temat. I to jak mówi/pisze... Posłuchajmy: 

„Roztoczona w Apokalipsie św. Jana wizja historii przedstawia największe możliwe przeciwieństwo wiary w ciągły postęp, jakie tylko można sobie wyobrazić. O ile bieg historii zależy od ludzkich decyzji, jawi się on w tej wizji jako ciągły powrót epizodu budowy wieży Babel. Ludzie próbują wciąż na nowo, za pomocą swoich możliwości technicznych, konstruować most do nieba, czyli o własnych siłach uczynić się Bogiem. Próbują dać człowiekowi ową całkowitą wolność, owo nieograniczone zdrowie, nieograniczoną władzę, jawiącą mu się jako istota boskości, którą chciałoby się sprowadzić z nieosiągalnej wysokości Całkiem-Innego do własnej egzystencji, »przyprowadzić z powrotem«. Te próby, które zawierają ludzkie działanie w historii we wszystkich okresach, opierają się jednak na nieprawdzie, na »nakładaniu prawdzie pęt« [„nakładanie prawdzie pęt” dokonuje się „przez nieprawość”, wyjaśnia św. Paweł, Rz 1,18]: człowiek nie jest Bogiem, lecz jest skończoną i ograniczoną istotą i nie może przez żadną władzę, jakakolwiek by ona nie była, sam siebie uczynić tym, czym nie jest. Dlatego wszystkie te próby muszą, niezależnie od tego, z jakim rozmachem mogą się zaczynać, kończyć się upadkiem: ich podstawa nie daje oparcia.

Apokalipsa zna jednak obok tego jednego czynnika historii – a są nim owe syzyfowe starania sprowadzenia nieba na ziemię – drugą siłę w historii: rękę Boga. Pierwszoplanowo jawi się ona jako karząca, ale Bóg nie stwarza cierpienia i nie chce nędzy swojego stworzenia. Nie jest Bogiem zawistnym. W rzeczywistości ręka ta jest siłą przeciwko mocy budowanego na nieprawdzie, samowyniszczającego działania, która jednakże daje historii nadzieję: ręka Boga przeszkadza człowiekowi w ostatecznej realizacji samozagłady. Bóg nie pozwala na zniszczenie swojego stworzenia. To jest sens Jego działania przy budowie wieży Babel [pomieszanie języków i rozproszenie ludzi] i we wszystkich przytoczonych w Apokalipsie ingerencjach. To, co się tu przedstawia jako boską karę, nie jest sztucznie nałożonym z zewnątrz biczem, lecz urzeczywistnieniem wewnętrznej prawidłowości ludzkiego działania, które przeciwstawia się prawdzie, a tym samym skłania się ku nicości, ku śmierci. »Ręka Boga«, która objawia się w wewnętrznym sprzeciwie istnienia wobec swojej własnej zagłady, uniemożliwia podążanie ku nicości, zanosi z powrotem zabłąkaną owcę na pastwisko istnienia, na pastwisko miłości. Nawet wtedy, gdy to bycie wyjętym z wyszukanego przez siebie krzewu cierniowego i bycie zaniesionym z powrotem sprawia ból, jest jednak aktem naszego zbawienia, wydarzeniem, które daje nam nadzieję. I któż mógłby również dzisiaj nie dostrzec ręki Boga, która chwyta człowieka za najbardziej zewnętrzny rąbek jego furii zniszczenia i jego perwersji i uniemożliwia mu pójście dalej?

W Apokalipsie widać zazębienie między pozornym »pesymizmem« a radykalną nadzieją. I dotyczy to rozległej wizji całości dziejów. Apokalipsa jest bardzo daleka od obietnicy ciągłego postępu; nic też nie wie o jakiejkolwiek możliwości urządzenia samym własnym ludzkim działaniem raz na zawsze szczęśliwej i definitywnej formy społeczeństwa. Mimo to, albo właśnie z powodu tej odmowy wobec irracjonalnych oczekiwań, jest ona księgą nadziei.

Apokalipsa mówi ostatecznie o tym, że ludzka historia, mimo wszelkich okropności, nie zatonie w nocy samozagłady; Bóg nie pozwoli jej wyrwać ze swoich rąk. Boże sądy, wielkie cierpienia, w które ludzkość się zanurza, nie są zagładą, lecz służą ratowaniu ludzkości. Również w czasie »po Auschwitz«, po tragicznych katastrofach historii, Bóg pozostaje Bogiem; pozostaje ze swoją niezniszczalną dobrocią dobry, pozostaje Zbawicielem, w którego rękach niszczące i straszliwe dzieło człowieka zostaje przemienione przez Jego miłość. Człowiek nie jest jedynym aktorem historii i dlatego śmierć nie ma w niej ostatniego słowa. Fakt, że jest tu jeszcze Inny działający, pozostaje jedyną, mocną i pewną kotwicą nadziei, która jest mocniejsza i bardziej realna niż wszelkie okropności świata”.

Tyle Ratzinger. Moje są tu tylko wytłuszczenia i skróty w tekście, także wyjaśnienia w nawiasach, kilka zmian w tłumaczeniu. Całość dostępna w: J. Ratzinger, Wprowadzenie do chrześcijaństwa. Wyznanie – Chrzest – Naśladowanie, Opera omnia t. IV, red. K. Góźdź, M. Górecka, tłum. R. Biel, M. Górecka, Wydawnictwo KUL, Lublin 2017, s. 390–391.

Oto prawdziwa teologia nadziei na każdy czas, także na czas globalnej pandemii. Bo „któż mógłby również dzisiaj nie dostrzec ręki Boga, która chwyta człowieka za najbardziej zewnętrzny rąbek jego furii zniszczenia i jego perwersji i uniemożliwia mu pójście dalej?” 

 

Pokusa taniej gorliwości

FRANCISZEK KUCHARCZAK, GN 14/2021

Myśl wyrachowana: Nadgorliwość tyle ma wspólnego z gorliwością, ile mistyfikacja z mistyką.

Każdy ma potrzebę bycia heroicznym, ale zazwyczaj na swoich warunkach. Wielu poniosłoby nawet męczeństwo, byleby nie bolało. Najprzyjemniejszy z „pluszowych krzyży”, na których ludzkie ego lubi cierpieć, jest chyba heroizm protestu. Jest coś pociągającego w wizji siebie jako bojownika sprzeciwiającego się rozmaitym sytuacjom dręczącym społeczeństwo. Realizacja tej wizji nie wymaga specjalnego wysiłku, wystarczy parę wpisów w internecie przeciw „tym idiotom, złodziejom, oszustom”, a już wychodzi się na dobroczyńcę ludzkości. Łaskawca taki sugeruje: Ja bym w dwa dni zlikwidował pandemię, tylko co ja mogę – „oni” blokują, nie dopuszczają, spiskują. Ja muszę bezsilnie patrzeć, jak rozgrabiają nasz kraj, jak mordują ludzi nieistniejącym wirusem.

Bohater tego wzoru w imieniu ciemiężonego społeczeństwa stawia czoła przeważającym siłom zdrajców, heretyków i modernistów. I cierpi, widząc, jak zamyka się kościoły… Nie zamyka się? No to ogranicza się dostęp do nich. Co to za pasterze, którzy do tego dopuszczają! Pastuchy! (otrzymuję esemesy o podobnej treści).

Ostatnio bohaterstwo katolickie wzięło się za dowodzenie, że zgoda władz kościelnych na rzeczone ograniczenia jest zdradą wiary. Niestety twierdzenia takie podsycają niektórzy popularni duchowni.

„Zakazami, do których państwo nie ma prawa, kompletnie się nie przejmujcie” – wezwał niedawno wiernych z ambony ks. prof. Tadeusz Guz. Oczywiście wzbudziło to duży aplauz odbiorców, czego świadectwem są choćby entuzjastyczne wpisy pod filmem z tą wypowiedzią na YouTube.

Nie wątpię, że powodem takich wystąpień jest troska o sprawy Boże, ale mówca, zwłaszcza tej klasy, powinien mieć świadomość, że akurat na tym sprawy Boże cierpią. Przecież mamy do czynienia z ograniczeniami sanitarnymi, które Kościół zaakceptował, uznając ich zasadność. Zatem sprzeciw wobec tych obostrzeń jest sprzeciwem także wobec władz kościelnych. To po pierwsze. Po drugie konkordat między Stolicą Apostolską i Rzeczpospolitą Polską mówi: „Władza publiczna może podjąć niezbędne działania w miejscach określonych w ustępie 3 [czyli w kościołach – F.K.] także bez uprzedniego powiadamiania władzy kościelnej, jeśli jest to konieczne dla ochrony życia, zdrowia lub mienia” (art. 8 ust. 5). Więc jak – czy na pewno „państwo nie ma prawa”?

Aha, żeby nie było – konkordat został zawarty za pontyfikatu św. Jana Pawła II.

Przyjemnie jest budować swoją pozycję, wznosząc się na fali oburzenia, ale skoro ktoś musi w ten sposób surfować, to niech przynajmniej sprawdzi, na jakim akwenie ta fala powstała i dokąd płynie.

Franciszek: pokusa przebrzmiałego tradycjonalizmu

Droga wskazana przez św. Pawła Apostoła „jest wyzwalającą i wciąż nową drogą Jezusa ukrzyżowanego i zmartwychwstałego; jest drogą głoszenia, które realizuje się poprzez pokorę i braterstwo; jest drogą cichej i posłusznej ufności, będąc pewnymi, że Duch Święty działa w każdej epoce Kościoła” – powiedział Ojciec Święty podczas dzisiejszej audiencji ogólnej. Spotykając się z wiernymi na dziedzińcu św. Damazego Pałacu Apostolskiego papież rozpoczął nowy cykl katechez na temat Listu do Galatów.          

Franciszek podkreślił, że ten list św. Pawła jest bardzo aktualny także dla dzisiejszego Kościoła, poruszając takie tematy, jak wolność, łaska i chrześcijański styl życia. Mówiąc o wielkim dziele dokonanym przez Apostoła, który przynajmniej dwukrotnie odwiedził wspólnoty Galacji Ojciec Święty zauważył, że droga ewangelizacji nie zawsze zależy od naszej woli i planów. Wymaga dyspozycyjności, by dać się kształtować i podążać innymi, nieprzewidzianymi drogami.

Następnie papież przypomniał wyzwania przed jakim stanął Apostoł, bowiem przeniknęli do tych Kościołów niektórzy chrześcijanie pochodzący z judaizmu i chytrze zaczęli siać teorie sprzeczne z nauczaniem Apostoła, posuwając się nawet do oczerniania go. „Jak widzimy, przedstawianie siebie przy pewnych okazjach jako jedynych posiadaczy prawdy i dążenie do umniejszania pracy innych, także przez oszczerstwa jest praktyką starożytną. Owi przeciwnicy Pawła twierdzili, że także poganie musieli poddać się obrzezaniu i żyć zgodnie z zasadami prawa mojżeszowego. Galaci musieliby więc wyrzec się swojej tożsamości kulturowej, aby podporządkować się normom, przepisom i zwyczajom typowym dla Żydów. Nie tylko to. Owi przeciwnicy twierdzili, że Paweł nie był prawdziwym apostołem i dlatego nie był upoważniony do głoszenia Ewangelii” – powiedział Franciszek.

Ojciec Święty podkreślił, że dla Galatów „poznanie Jezusa i uwierzenie w dzieło zbawienia, dokonane przez Jego śmierć i zmartwychwstanie, było prawdziwym początkiem nowego życia. Weszli na drogę, która pozwoliła im być wreszcie wolnymi, pomimo że ich historia była spleciona z wieloma formami brutalnego niewolnictwa, nie tylko z tym, które podporządkowało ich cesarzowi rzymskiemu. Dlatego w obliczu krytyki ze strony nowych kaznodziejów czuli się zagubieni i niepewni, jak się zachowywać i kogo słuchać”.

Następnie papież zauważył, że także dzisiaj nie brakuje kaznodziejów, którzy twierdzą, że „prawdziwym chrześcijaństwem jest to, do którego są przywiązani, często utożsamiane z pewnymi formami z przeszłości, a rozwiązaniem dzisiejszych kryzysów jest cofnięcie się w czasie, aby nie zatracić autentyczności wiary". "Również dzisiaj, podobnie jak wtedy, istnieje pokusa zamknięcia się w niektórych pewnikach zyskanych w minionych tradycjach. W jaki sposób możemy rozpoznać tych ludzi? Jedną z cech ich postępowania jest surowość. W obliczu głoszenia Ewangelii, która czyni nas wolnymi, czyni nas radosnymi, są surowi, zawsze cechuje ich sztywność: musisz zrobić to, musisz zrobić tamto. Surowość, jest właściwością tych ludzi" - zaznaczył Franciszek.

Wskazał, że podążanie za nauczaniem apostoła Pawła z Listu do Galatów pomoże nam zrozumieć, którą drogą mamy podążać. "Droga wskazana przez Apostoła jest wyzwalającą i wciąż nową drogą Jezusa ukrzyżowanego i zmartwychwstałego; jest drogą głoszenia, które realizuje się poprzez pokorę i braterstwo; nowi kaznodzieje nie wiedzą, co to znaczy pokora, co to znaczy braterstwo; jest drogą cichej i posłusznej ufności - nowi kaznodzieje nie znają posłuszeństwa i łagodności; a ta droga cicha i posłuszna prowadzi naprzód w pewności, że Duch Święty działa w każdej epoce Kościoła. W ostatecznym rachunku wiara w Ducha Świętego, obecnego w Kościele będzie nas prowadziła naprzód i nas zbawi” – powiedział Franciszek na zakończenie katechezy. 

Dalsza lektura: 

Między tradycjonalistą a terrorystą (gosc.pl)

Przyjmowanie Komunii św.

Komunia Święta buduje Kościół

Wywiad z dominikaninem, ks. dr Dominikiem Jurczakiem, wykładowcą w papieskim Instytucie Liturgicznym „Anselmianum” oraz na Papieskim Uniwersytecie „Angelicum” w Rzymie (opr. ks. Krzysztof Gąsecki) 

Teologia, zwłaszcza po Soborze Watykańskim II – to próba odejścia od indywidualistycznej optyki, skupionej przede wszystkim na własnej pobożności. Nie dlatego, by pobożność była sama w sobie zła, ale dlatego, że liturgia to coś więcej, nie tylko sprawa mojej pobożności – tego, co dzieje się między mną a Jezusem.

Liturgia to dzieło całego Kościoła, i w pierwszym rzędzie dotyczy to Eucharystii. Stąd pewien porządek liturgiczny – np. procesyjnie podchodzimy do komunii św., by odpowiedzieć na wyrażoną w Ewangelii prawdę o godności każdego z nas, że Chrystus wyzwolił człowieka z kajdan niewoli, że Bóg w Nim uczynił nas dziedzicami nieba, ludźmi wolnymi, swoimi przyjaciółmi, którzy stają z Nim twarzą w twarz…

Nie jest prawdą – że po Soborze Watykańskim II liturgia zeszła na manowce. To byłoby zbyt proste, choć może nawet brzmieć przekonująco. Lubimy proste odpowiedzi, bo dają nam szybko poczucie, że właściwie opisują przemiany; niestety, zrzucają one z nas także konieczność głębszej refleksji.

Przez 900 lat Komunia była udzielana na stojąco i na rękę, choć przyjmowano ją nieco w inny sposób niż my dzisiaj, bezpośrednio z dłoni. Ta zmienność form na przestrzeni historii pokazuje, że to nie FORMA była najważniejsza, choć nie była zupełnie bez znaczenia. Zmieniająca się forma miała służyć temu, żeby lepiej wejść w celebrację Eucharystii. My tymczasem skupiamy się na formie, zapominamy, czym Komunia jest tak naprawdę: Ona ma budować jedność w Kościele, a nie powodować podziały. Ma budować jedność w sposób rzeczywisty, a nie tylko symboliczny.

Nazywanie podania komunii na rękę profanacją – ubolewają Księża Biskupi – jest nie tylko nadużyciem, ale sianiem zamętu czy nawet wprowadzaniem w błąd. Na Komunię na rękę zgodził się Kościół. Komu Chrystus powierzył sprawowanie sakramentów? Kościołowi, a nie mniej lub bardziej oświeconym jednostkom.

W czasie Mszy prosimy o Ducha Świętego, by przemienił dary, chleb i wino, ale też prosimy, żeby uczynił nas Kościołem. Komunia zatem to nie jest tylko mój kontakt z Jezusem, ale również kontakt z moim bratem i moją siostrą, którzy stoją obok mnie, w których mam odkryć Jezusa. Dlatego Komunii nie przyjmuję tylko sam, dla siebie – nie liczy się tylko moja więź z Bogiem, lecz także moja więź z braćmi i siostrami.

Skoro w czasie pandemii Księża Biskupi zalecali podanie komunii na rękę, to z troski, z miłości do bliźniego, byśmy nie stali się zagrożeniem dla innych skoro przenoszenie wirusa związane jest m.in. z drogą kropelkową.

Ile razy w ciągu Mszy Świętej pojawiają się modlitwy o jedność Kościoła? To nie przypadek. Takiej perspektywy ogromnie nam brakuje, także w naszym podzielonym chrześcijańskim społeczeństwie... Jako ochrzczeni mamy stanowić jedno ciało, Ciało Chrystusa, czyli Kościół. I tu rodzi się prawdziwa duchowość i pobożność eucharystyczna.