Loading color scheme

Liturgia nie jest prywatna

FRANCISZEK KUCHARCZAK; Gość Niedzielny, numer 42/2021

Fot. Józef Wolny, GN

Trzeba przestrzegać przepisów liturgicznych, ale też uznawać to, że się zmieniają.

Była jedna z niedziel roku 304. W Abitenie w Numidii żołnierze wpadli do domu lektora Emeritusa i zastali tam grupę chrześcijan, potajemnie celebrującą Eucharystię. W myśl edyktu cesarza Dioklecjana było to przestępstwo. Wyznawcy Chrystusa zostali aresztowani i po rozprawie sądowej straceni. W aktach ich procesu zachował się niezwykły dialog między aresztowanymi a przesłuchującym ich prokonsulem. Na pytanie o przyczynę złamania cesarskiego zarządzenia prezbiter Saturnin odpowiedział: „Uczyniliśmy to, ponieważ nie można zaniedbać tego, co należy do Pana”.

Z kolei Emeritus, zapytany dlaczego nie odmówił udostępnienia swojego domu na nielegalne spotkanie, odparł: „Ponieważ my nie możemy żyć bez celebrowania misteriów Pańskich”. To zdanie przeszło do historii Kościoła, znane powszechnie w łacińskim brzmieniu: Sine dominico non possumus (dosł. bez niedzieli nie możemy).

– Dominicus ma wiele znaczeń. W historii męczenników z IV wieku wskazuje przede wszystkim na głód Eucharystii. To samo zresztą widać w kolejnych pokoleniach chrześcijan: bez Eucharystii gubimy sens życia, przestajemy być Kościołem, tracimy tożsamość – mówi o. Dominik Jurczak OP, liturgista i dogmatyk. Wskazuje, że jest to doświadczenie szczególnie żywe wśród ludzi znajdujących się w absolutnie skrajnych warunkach. Podobny głód manifestowali na przykład więźniowie obozów koncentracyjnych, którzy ryzykując życiem, uczestniczyli w Mszach sprawowanych w największej tajemnicy w barakach między pryczami. Nie było tam strojów liturgicznych, naczyń ani kaplic. Nie było nic poza tym, co konieczne, aby mogła się dokonać tajemnica Ofiary Pańskiej.

– Warto zauważyć u wszystkich tych ludzi zrozumienie sensu Eucharystii, która wpisuje się w ofiarę Chrystusa na krzyżu. To jest niezwykłe, jak oni, często ryzykując swoje życie, szukali łączności właśnie z tą jedyną Ofiarą – zwraca uwagę dominikanin. Podkreśla jednak, że nie należy z tego wysnuwać wniosku, jakoby nieważne były szaty, naczynia i w ogóle liturgia, jaką Kościół sprawuje.

Nie zawężać

„Liturgia (…) jest szczytem, do którego zmierza działalność Kościoła, i jednocześnie jest źródłem, z którego wypływa cała jego moc” – czytamy w soborowej Konstytucji o liturgii świętej „Sacrosanctum concilium”.

To modlitwa wyjątkowa. – Liturgia jest modlitwą całego Kościoła, czyli samego Chrystusa. Zdarza się, że gdy myślimy o Kościele, to w głowie mamy piękne idee, jakieś mniej lub bardziej wydolne instytucje, tymczasem Kościół to przede wszystkim mistyczne Ciało Chrystusa. Zatem nie jesteśmy zbiorem zupełnie przypadkowych ludzi, ale wspólnotą ochrzczonych, to znaczy wspólnotą całkowicie z Nim złączoną. To stawia modlitwę liturgiczną na wyjątkowym poziomie. Jako gromadzący się Kościół, mistyczne Ciało Chrystusa, czynimy eucharystię, to znaczy składamy uwielbienie Ojcu, włączamy się w dialog między Synem i Ojcem. Tym właśnie jest modlitwa liturgiczna – tłumaczy zakonnik.

Jest nam dana

Wśród katolików pojawiają się spory na temat właściwego sprawowania liturgii. Powstają napięcia między zwolennikami rygoryzmu liturgicznego a środowiskami, w których przepisy liturgiczne traktuje się „lekko”. Nie sposób zaprzeczyć, że są podstawy do zarzutów o nieuprawnione ingerowanie w przebieg liturgii.

„Kapłan jest sługą świętej liturgii i nie wolno mu na własną rękę w celebracji Mszy św. niczego dodawać, opuszczać ani zmieniać” – przypomniał niedawno przewodniczący Komisji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów KEP bp Piotr Greger. Biskup nawiązywał do spotkania Arena Młodych w Łodzi (...). 

Sprawa ta unaoczniła konieczność przestrzegania przepisów liturgicznych. Dlaczego to takie ważne? – Bo liturgia jest nam dana. Otrzymaliśmy ją od poprzednich pokoleń. Te z kolei łączą nas z tym, co się działo w czasach apostołów, łączą nas z Chrystusem. Liturgia zatem to nie jest coś, co tworzymy, co sobie dowolnie przygotowujemy według naszych potrzeb, lecz jest to skarb. Taki skarb, jaki mamy pielęgnować, by przekazać go tym, co przyjdą po nas – wyjaśnia o. Dominik Jurczak. Zaznacza, że nie można tworzyć prywatnej liturgii. Nie znaczy to jednak, że liturgia jest czymś sztywnym, co nie może podlegać zmianom.

– To, że my w liturgię wchodzimy, nie znaczy wcale, że celebrujemy dokładnie tak samo jak za czasów Chrystusa czy apostołów. Liturgia podlega zmianom, rozwija się, bo człowiek i okoliczności się zmieniają. Wystarczy pomyśleć o nas w Polsce. Jesteśmy inni niż trzydzieści, czterdzieści lat temu, mamy inne problemy i pytania. Nic zatem dziwnego, że także nasza liturgia jest inna niż w latach 80. XX w., że inaczej rozkładamy akcenty. Nie oznacza to jednak, że każdy ochrzczony może sobie przy liturgii dowolnie majstrować: dodawać, usuwać, przesuwać… Za wszystkie te kwestie odpowiedzialni są biskupi oraz watykańskie dykasterie. A zatem z jednej strony jesteśmy zakorzenieni w przeszłości, a z drugiej strony ta przeszłość nas nie blokuje, przeciwnie, pozwala patrzeć w przyszłość. Z jednej strony uczestniczymy w sztafecie pokoleń, a z drugiej już dzisiaj wyglądamy Chrystusa, który ma przyjść. To jest napięcie, które wpisane jest w naturę liturgii. I nie ma sensu go niwelować czy z góry odrzucać – stwierdza duchowny.

To nie beton

W niektórych środowiskach panuje przekonanie, że liturgia od czasu Soboru Trydenckiego nie powinna być zmieniana, ponieważ, ich zdaniem Pius V „zabetonował” liturgię, ustalając ryt zwany trydenckim.

– Mam wrażenie, że takim stwierdzeniem osoby te zabetonowały Piusa V. Tymczasem ten mój dominikański współbrat z odwagą podjął kilka ważnych decyzji. Problem w tym, że trzeba je umiejętnie odczytać, nie zapominając o kontekście epoki i Kościoła XVI wieku. W rozwoju dogmatów mówimy o stopniowym dochodzeniu do prawdy: nie wszystko w Kościele od razu było przecież znane i oczywiste. Niektóre sformułowania dzięki pracy teologów bywają doprecyzowywane, także dlatego, że okoliczności się zmieniają. Analogicznie jest z liturgią – ona się rozwija i wraz z nią także wypowiedzi papieży na jej temat – zaznacza dominikanin.

Jak zatem rozumieć sformułowanie Piusa V o „Mszy wszechczasów”? – Jak wspomniałem, potrzeba umiejętnie czytać teksty Magisterium Kościoła. W swoim dokumencie Pius V, wprowadzając zrewidowany po Soborze Trydenckim Mszał rzymski, postawił sprawę jasno, by nie było niedopowiedzeń. Dominikański papież napisał te słowa w bardzo konkretnym momencie, od którego dzieli nas ponad 450 lat. To nie było jednak ostatnie słowo Kościoła. Dzisiaj na przykład papież Franciszek jasno stwierdza, że nie ma prostego powrotu do liturgii sprzed Soboru Watykańskiego II. Dlaczego? Bo jako Kościół jesteśmy już w innym momencie. Nie można stwierdzić, że przez ostatnie ponad pół wieku nic się nie wydarzyło. W podobny sposób ani Kościół, ani liturgia nie zatrzymały się na Piusie V – podkreśla o. Dominik Jurczak. Akcentuje potrzebę mówienia o liturgii w pełnym sensie. To oznacza też, że nie możemy z dzisiejszej perspektywy oceniać sposobu, w jaki rozumieli liturgię nasi poprzednicy w wierze, na przykład ich dbałości o szczegóły ceremonii liturgicznych.

– W mentalności ludzi aż do XX wieku było jasne, że liturgia to jest coś, co otrzymujemy. A jeśli coś otrzymujemy jako największy dar, drogocenną perłę, to próbujemy być wierni w kultywowaniu tego daru. Stąd bierze się troska o każdy szczegół. My dzisiaj patrzymy na to z innej strony, wydaje nam się to przesadzone, ale nie możemy tak oceniać ludzi, którzy przez wieki w taki sposób się modlili – zastrzega kapłan. – To, że w rycie przedsoborowym zostało to doprowadzone do ekstremum i w pewnym sensie zaczęło być pancerzem, to osobna kwestia. Fakt ten ostatecznie spowodował, że w odnowionym rycie liturgia otrzymała więcej swobody. Nie jest ona jednak zaproszeniem do robienia w liturgii tego, co nam się chce, tylko do tego, żebyśmy odkrywając sens liturgii, jako Kościół zwrócili się przez Chrystusa do Ojca – mówi. Podkreśla, że ten przedsoborowy pancerz nie jest więc do wyrzucenia dlatego, że się zestarzał i nie będzie nam już potrzebny. I zaznacza: – Zdjęcie pancerza ma posłużyć temu, żebyśmy w łatwiejszy sposób mogli zatrzymać się nad tym, czym liturgia w ogóle jest. Nie na sobie, lecz na istocie: na modlitwie, która przez Chrystusa prowadzi nas do Ojca.

Bal Dzieci na cześć Wszystkich Świętych

 

 

Synodalność Kościoła

Ks. Krzysztof Gąsecki

https://pielgrzym.pelplin.pl/biezacy-numer/11728-synodalnosc-kosciola-ks-krzysztof-gasecki

Synodalność Kościoła

Trwa XVI Zgromadzenie Ogólne Synodu Biskupów. Słowo „synod” jest używane na określenie zgromadzeń kościelnych zwoływanych na różnych poziomach (diecezjalnym, prowincjalnym, regionalnym, patriarchalnym lub powszechnym) dla rozeznawania, w świetle Słowa Bożego i przez wsłuchanie się w głos Ducha Świętego, kwestii doktrynalnych, liturgicznych, kanonicznych i duszpasterskich, które stopniowo powstają. Od początku Kościoła spotykano się na synodach (intensywniej w 1 tysiącleciu), żeby znaleźć rozwiązania różnych spraw, potem był okres pracy duszpasterskiej i znowu, w miarę konieczności, zwoływano synod, żeby dyskutować.

Papież Franciszek poprosił obecnie cały Kościół, aby wszyscy wierzący, duchowni i świeccy, wsłuchiwali się w głos Ducha Świętego oraz w pytania, niepokoje, nadzieje każdego Kościoła, każdego ludu i narodu. To czas głębokiej refleksji, byśmy jako wyznawcy Chrystusa wsłuchiwali się w wyzwania i zmiany, jakie przed nami stawia dzisiejszy świat. Kościół prosi przez papieża i naszych pasterzy, abyśmy nie uciszali głosu naszych serc i posłuchali siebie nawzajem – także we wspólnotach nam bliskich: diecezjalnych, parafialnych i Kościoła domowego.

Temat procesu synodalnego jest przede wszystkim tematem eklezjologicznym. Duch Święty chce, abyśmy pogłębili jeszcze bardziej tematy eklezjologii Soboru Watykańskiego II i mogli odnaleźć jeszcze inne wymiary i oblicza Kościoła.

Etymologicznie słowo „synod” oznacza – wspólne podążanie tą samą drogą. Jest ono złożone z przyimka σύν i rzeczownika ὁδός, droga, i wskazuje na drogę, po której Lud Boży idzie razem. Odnosi się również do Pana Jezusa, który przedstawia siebie samego jako „drogę, prawdę i życie” (J 14, 6) i do faktu, że chrześcijanie, idąc za Nim, początkowo byli nazywani „zwolennikami drogi” (por. Dz 9, 2; 19, 9.23; 22, 4; 24, 14.22). Zgromadzenie synodalne to narzędzie, którym dysponuje Kościół, aby dokonać bardziej powszechnej i – przez merytoryczne przygotowania i konsultacje – bardziej wnikliwej refleksji na ważny temat jego życia, misji i działania. Celem Synodu nie jest tworzenie nowego Kościoła, ale odnawianie go – w myśl usłyszanych na modlitwie, w szerokiej debacie i w spotkaniu wielu uczestników – inspiracji od Ducha Świętego. Synod, najpierw, ma oznaczać wewnętrzną drogę serca w kierunku nawrócenia, jak podkreśla przewodniczący Episkopatu Polski.

Tożsamość otwarta – kultura dialogu

W wielu miejscach na świecie Kościół jest mniejszością; wierni żyją w diasporze, pośród innych wyznawców religii lub osób niewierzących. Wyzwaniem jest niewątpliwie pielęgnowanie kultury dialogu. Do tego właśnie zachęca Synod – by słuchać, rozmawiać, rozeznawać. Sam sposób bycia chrześcijanina dzisiaj wymaga, aby kształtować w sobie tożsamość otwartą i przyjazną. Tożsamość otwarta winna cechować również sposób bycia samego Kościoła. Jako chrześcijanie wierzymy bowiem, że w Trójjedynym Bogu inność Osób jest nieodłączna od jedności Boskiej natury. W Bogu jest komunia i odrębność Osób. Kościół ma przed oczyma wiary rzeczywistość niezwykłą: oto komunia Osób nie narusza ich różności, a inność z kolei pozostaje w pełnej harmonii ze wspólnotą.

Równie inspirująca i normatywna jest dla chrześcijan prawda wiary o Chrystusie, „obrazie Boga niewidzialnego” (Kol 1, 15), który przyszedł na świat, aby ocalić swoje stworzenie. Wyszedł naprzeciw „innym”, różnym od siebie, a w dodatku grzesznym. Dokonało się to przez uniżenie, umniejszenie (kenoza) i cierpienie. Droga do komunii z innymi prowadzi zatem przez gotowość do wyrzeczenia. I to jest wrażliwość, wartość i styl bycia, który chce podpowiedzieć obecny Synod i której na nowo chcemy uczyć się w Kościele: chcemy zauważyć innych, by zaprosić ich do wspólnego naszkicowania mapy ewangelizacji i życia w Kościele czy blisko Kościoła. Mamy pójść drogą, która pozwala pojednać komunię i inność. Chodzi o umiejętność umniejszenia siebie, nie wysuwania na pierwszy plan własnego dobra czy własnego doświadczenia. Kenoza wymaga samoograniczenia, rezygnacji i otwartości. Kto tak czyni, odzwierciedla w historii tę komunię, która istnieje w samym Bogu. Jest to specyficzny rys duchowości chrześcijańskiej: To, co uczynił Chrystus w stosunku do grzesznych ludzi, stanowi wyraźny imperatyw dla każdego z Jego uczniów w ich relacji do innych, bez względu na ich cechy osobiste. Wspólnota z innymi nie niszczy naszej tożsamości, lecz czyni ją otwartą i wrażliwą.

Kościół szkołą braterstwa

Wedle ducha Ewangelii, każdy chrześcijanin winien być człowiekiem dialogu. Wierzymy w Boga, który jest nieustannym dialogiem Osób, najbardziej zdumiewającą komunią międzyosobową, niepojętą dla nas miłością i dobrocią. Ten Bóg udziela się wszystkim swoim stworzeniom. Życie człowieka wierzącego to ciągły dialog z Bogiem i z innymi.

Wielki teolog tybindzki J. A. Mӧhler powiedział kiedyś, że w życiu Kościoła istnieją dwie skrajności, które w gruncie rzeczy nie są niczym innym jak dwiema formami egoizmu. Pierwsza – kiedy „kiedy każdy chce być całością” – to skrajny indywidualizm kościelny. Druga – kiedy „jeden chce być wszystkim” – to skrajny centralizm. Realizacja pierwszego prowadziłaby do rozpadu, a przestrzeń kościelna stałaby się tak zimna, że przejmowałaby drżeniem. W drugim przypadku więzy jedności byłyby tak ciasne, a miłość tak gorąca, że można by się udusić. Nie chcemy – mówi teolog – ani marznąć w skrajnym indywidualizmie, ani dusić się w skrajnym centralizmie. Jest to możliwe tylko wówczas, gdy unikniemy obu skrajności. Stąd ani „każdy”, ani „jeden” nie może chcieć być wszystkim; jedynie wszyscy mogą być wszystkim i tylko jedność wszystkich całością. Taką ideą pragnie żyć Kościół i doświadczenie synodalne ma mu w najbliższych latach w tym ponownie dopomóc.

Synod pragnie uwypuklić teologiczne piękno, sens i głębokie znaczenie słowa communio. Komunijny model Kościoła – to uczestnictwo wielu w czymś wspólnym; proces wzajemnego przyjmowania się do tego uczestnictwa; chodzi o najintensywniejszą formę miłości i wspólnoty. W wierze chrześcijańskiej rzeczywistość ta ma swoją najbardziej skoncentrowaną postać – jak wspomnieliśmy – w Trójjedynym życiu Boga i w oddaniu się Boga ludziom (w tajemnicy Wcielenia). Komunia jest właśnie tym, co w Bogu najbardziej fundamentalne, tym, w czym urzeczywistniają się jedność i różnorodność. I nie idzie w tym przypadku po prostu o jakąś „wspólnotę”, lecz o bardzo intensywną i ścisłą formę współistnienia, o znalezienie tożsamości w czymś wspólnym, o wzajemne udzielanie tego, co każdego własne, o wymianę życia. Inspiruje ona pewien porządek, w którym jedność powstaje przez zaangażowanie wszystkich, gdzie każdy przekazuje swój własny udział i czyni z tego coś wspólnego.

Ta trynitarna analogia wymaga nade wszystko myślenia i działania w wielobiegunowych, wzajemnie się nachodzących strukturach pomiędzy statutowo równo postawionymi członkami wspólnoty (godność wynikająca z chrztu św.). Zgłasza swoisty postulat do wzajemnego otwarcia się członków wspólnoty dla siebie, - do takiego realizowania swojej własnej obecności i zadania, aby stawały się one podarowaną i umożliwioną partycypacją dla innych.

Komunijna więź między urzędem a charyzmatem

Komunia i hierarchia – bardzo ważne wymiary Kościoła – znajdują się pośród synodalności. Wiele energii synodalnej może skupić się wokół tego sektora życia Kościoła. Komunijna wrażliwość podkreśla, że o różnicach i specyfikacjach kapłaństwa służebnego można mówić pod warunkiem zachowania fundamentalnej równości wszystkich wierzących w godności wspólnego wybrania i powołania jako ludu Bożego oraz kierując się logiką osobistej partycypacji każdego wiernego w życiu i posłannictwie Kościoła.

Kościół synodalny jest Kościołem uczestnictwa i współodpowiedzialności.  Uczestnictwo opiera się na fakcie, że wszyscy wierni są uzdolnieni i wezwani do służenia sobie nawzajem darami otrzymanymi od Ducha Świętego. Władza pasterzy jest specyficznym darem Ducha Chrystusa-Głowy dla budowania całego Ciała, nie zaś delegowaną i reprezentatywną funkcją ludu.

Cały Lud Boży staje przed wyzwaniem jakim jest zadanie uczestniczenia w synodzie. Wzajemna relacja pomiędzy „zmysłem wiary”, którym obdarzeni są wszyscy wierni, rozeznaniem prowadzonym na różnych poziomach synodalności oraz autorytetem tych, którzy sprawują duszpasterską posługę jedności i zarządzania, ukazuje dynamikę synodalności. Podkreśla ona wspólną dla wszystkich godność chrzcielną i współodpowiedzialność, wzmacnia obecność charyzmatów udzielanych przez Ducha Świętego Ludowi Bożemu, uznaje szczególną posługę pasterzy w kolegialnej i hierarchicznej komunii z biskupem Rzymu oraz gwarantuje, że procesy i wydarzenia synodalne odbywają się w wierności wobec „depozytu wiary” i w słuchaniu Ducha Świętego dla odnowy misji Kościoła.

Słuchanie i dialog dla wspólnego rozeznania

Dialog synodalny wymaga zarówno odwagi w mówieniu, jak i w słuchaniu. Nie chodzi o angażowanie się w dyskusję, w której jeden z mówców stara się pokonać innych lub przeciwstawia się ich poglądom za pomocą argumentów, które ranią, ale o wyrażenie tego, co wydaje się być podpowiedziane przez Ducha Świętego jako użyteczne dla wspólnotowego rozeznania i przyjęcie tego, co podpowiada ten sam Duch Święty przez innych ludzi dla wspólnego dobra (por. 1 Kor 12, 7).

Papież Franciszek przypomina, że w całym procesie synodalnym ma dominować kryterium, które mówi, że „jedność przeważa nad konfliktem”. W takiej atmosferze ma być prowadzony dialog; to kryterium odnosi się także do zarządzania różnicami opinii i doświadczeń, do uczenia się stylu „tworzenia historii, środowiska życia, w którym konflikty, napięcia i różnice mogą tworzyć wieloraką jedność rodzącą nowe życie”, umożliwiając rozwój „komunii pośród różnic” (Evangelii Gaudium, 228).

Dialog daje nade wszystko możliwość zdobycia nowych perspektyw i nowych punktów widzenia, oświetlających dyskusję na dany temat. Chodzi o „relacyjny sposób patrzenia na świat, które staje się poznaniem dzielonym z inną osobą, patrzeniem w perspektywie drugiego człowieka i wspólnym patrzeniu na wszystko” (Lumen fidei, 27). Dialog to także delikatna przestrzeń komunikacji duchowej, która wymaga specyficznych postaw: miłości, szacunku, zaufania i roztropności, w klimacie przyjaźni, a nawet więcej, służby. Prawda bowiem – jak podkreślał Benedykt XVI – to „«lógos», który tworzy «diálogos», a więc komunikację i komunię” (Caritas in Veritate, 4).